2 lutego 2013

013. I & U

How can you "SM...LE" without "I";
How can you be "F...NE" without "I";
How can you "W...SH" without "I";
How can you be "FR...END" without "I";
"I" am very important! 
But "I" can never "S...CCESS" without "U"

3 października 2012

012. Ivan


Jutrzejszy dzień… On będzie wspaniały. Tak myślę. W końcu mam urodziny” – Maria siedziała w kącie łóżka otulona kołdrą. Na zajątrz miała urodziny. Piętnaste. Rodzinna uroczystość zaplanowana przez jej matkę miała odbyć się w małym gronie. Razem ze swoim ojcem, matką, babcią, dziadkiem, bratem i siostrą miała świętować swój dzień. A przynajmniej tak jej się wydawało. Dzień Halloween to raczej nie najlepszy dzień do świętowania urodzin. 31 października roku 1839, 15 lat temu, na świat przyszła urocza czarnowłosa dziewczynka, sprawiając radość swoim rodzicom.Następnego dnia, po 5 rano Maria spała. Nic dziwnego. W końcu było jeszcze tak wcześnie. Jako że był czwartek, musiała iść do szkoły. Dziewczyna przewróciła się na drugi bok, kiedy do jej pokoju wpadła Gabriella.- Mario! Mario! Wstawaj! Ale szybko! – potrząsała dziewczyną, tak aby ta jak najszybciej się obudziła.Ale jej raczej nie śpieszyło się do wstawania, mruknęła coś pod nosem i spała dalej. Obudziło ja dopiero mocne szarpnięcie za kołdrę. Podniosła się i spojrzała swojej matce w oczy.-Mamo… Przecież jest tak wcześnie! Dlaczego muszę wstawać…?-Nic nie mów! Ubieraj się! Gorset, pończochy i jakąś sukienkę. – mówiąc to zaczęła wyjmować z szafy ciuchy – Muszę Cię z kimś poznać.-Tak wcześnie!? Kto to jest!? – była blisko krzyku. Kim ważnym musiała być ta osoba żeby matka musiała budzić ją o tak wczesnej porze? I dlaczego chciała ją z tym kimś poznać?Maria migiem się ubrała, matka musiała jej tylko pomóc zawiązać gorset, który uciskał ją w talii. Miała ochotę go natychmiast zdjąć. Stanęła przed lustrem, misternie przygotowując swoją fryzurę. Czarne loki związała w kok, i pozostawiła kilka luźnych włosów koło skroni. A potem razem z matką zaczęła schodzić do hollu. Beżowo-złota suknia lekko się poruszała przy każdym kroku. Rodzina Williams należała do jednej z najbardziej majętnych rodzin w Calgary i okolicach. Maria nie mogła narzekać na niedostatek wygód.- Mamo. Ale z kim ty chcesz mnie poznać? – zapytała- Chciałam Cię poznać… z… - kobieta się zająknęła – Z Twoim ojcem…- Co? Przecież ja go znam. I jest w domu. – dziewczyna była bardzo zdezorientowana. Nie wiedziała o co matce chodziło. Po chwili sobie to uświadomiła. – Czyli… John nie jest moim ojcem!? Proszę, powiedz że źle zrozumiałam…- Niestety… Nie jest.Dziewczyna spojrzała na człowieka stojącego w przedpokoju. Miał czarne włosy i niebieskie oczy. Na oko był po czterdziestce. Stał i wpatrywał się w obie kobiety idące w jego kierunku. Miał przenikliwe oczy, i nieodgadniony wyraz twarzy. Po dłuższym przyglądnięciu się, Maria przypominała jego córkę. Mieli podobny wyraz twarzy, i ten sam kolor oczu.- Gabriello…Ubrałaś ją jak zakonnicę. – skomentował mężczyzna.- Ubrałam ją tak, jak przystoi na dziewczynę w jej wieku. – rzuciła chłodno, była bliska płaczu a Maria nie wiedziała co się dzieję. Po chwili kobieta zwróciła się do córki – Mario… Wiesz że jeśli będziesz chciała zawsze możesz do mnie wrócić.- Raczej nie będzie chciała. – Powiedział nieznajomy.- Taka jest kolej rzeczy, i tak musi być. – jej matka kontynuowała dalej, była bliska płaczu. – Ojciec weźmie Cię na jakiś czas i nauczy Cię wszystkiego co musisz wiedzieć. A teraz już idź. – Po policzkach kobiety spływały wielkie, kryształowe łzy.- Ale… Ja nie chcę! Nie rozumiesz!? Ja nie chcę wyjeżdżać! – Także i ona się rozpłakała. Czuła wielki ból kiedy mężczyzna ciągnął ją w stronę dorożki. – Daj mi się chociaż pożegnać z Tatą! I z Helen! I Stephanem! – krzyczała i rzucała się. W tym momencie w progu drzwi stanęła rozbudzona Helen.- Mamo, odzie ona idzie? Co ten pan jej robi? – spytała dziesięciolatka.- Nigdzie Helen, nigdzie. – To mówiąc szybko zatrzasnęła drzwi lekceważąc krzyk i płacz swojej córki.Także Gabrielli nie było łatwo. Prawdopodobnie straciła córkę na zawsze. A przynajmniej na długi czas. Już nigdy nie spędzi z damskiego wieczoru, nie będzie mogła przyjść do niej w każdym momencie. Został jej tylko dorosły już syn – 20letni Stephan który pracował za miastem i 10letnia Helen, mała marzycielka która twierdzi że jak podrośnie to zostanie księżniczką. To święto Halloween nie zapowiadało się zbyt przyjemnie…~***~Młoda Maria została siłą wciągnięta na siedzenia w dorożce. Drzwi były zamknięte więc nie mogła uciec. Mężczyzna który zabrał ją od matki powiedział cos do chłopaka przy koniach po czym wsiadł i ruszyli. Spojrzał na obrażoną dziewczynę kombinującą coś z oknem.- Nie otworzysz. – powiedział Marii.- Co, proszę? – zdziwiła się że coś do niej mówi.- Mówię że nie otworzysz tego okna…Dziewczyna zostawiła okno i oparła się, rozmyślając o co może chodzić. W końcu nie wytrzymała i wstała krzycząc:- O co chodzi!? Dlaczego mnie zabrałeś!? Jesteś wariatem!Słysząc do Ivan – bo tak mu było na imię zaśmiał się gorzkim, irytującym śmiechem.- O co chodzi? Więc matka nic Ci nie powiedziała? Przestań ryczeć! Jeszcze kiedyś mi podziękujesz. I nie, niestety nie jestem wariatem. Po prostu nie chcę żeby ktoś przez Ciebie zginął, no i przyda mi się ktoś taki jak ty. A teraz siadaj bo zrobisz sobie krzywdę i jedziemy.- Gdzie ty mnie w ogóle wieziesz?! – nie kryła emocji, była bardzo zdenerwowana.- Siadaj! Do Ottawy, wystarczy!? – krzyknął- Do…Ot…Ot..Ottawy!? To są prawie 3 dni drogi! – Maria znów prawie się rozpłakała. Nie miała zamiaru siedzieć tu z obcym facetem przez 3 dni. Zwłaszcza że pewnie i tak miała spędzić z nim długi, długi czas. Usiadła i siedziała obrażona przez prawie cały dzień.Kiedy zaczęło się ściemniać, Ivan zatrzymał woźnicę przed jakąś przydrożną restauracją. Wziął dziewczynę za łokieć, pilnując aby nie uciekła. Weszli razem do budynku, spojrzenie innych ludzi skierowały się w ich kierunku tylko na moment. Może ona była jego córką, może siostrą a może narzeczoną? Kogo to obchodziło? Usiedli przy jakimś stole, złożyli zamówienie u chłopaka – kelnera, zjedli, napili się czegoś i wyszli. Dopiero po ich wyjściu rozległy się szepty na temat jak to dziwnie ta para się zachowywała. Nic prawie nie mówili po za kilkoma obraźliwymi słowami ze strony nastolatki i kilkoma „Ucisz się” od mężczyzny. Maria z Ivanem wsiedli z powrotem do dorożki i konie popędziły dalej. Po godzinie nastolatka, znużona snem opadła na ławkę pojazdu.~***~Następny dzień wcale nie zapowiadał się szczęśliwie. Około godziny 11.00 Ivan zaczął krzyczeć do woźnicy. Krzyczał tak długo aż ten nie ruszył przerażony dalej. Bóg jeden wie co mu zrobił. Chłopak nie miał ani chwili wytchnienia. Był brudny, głodny i źle się czuł ale nie mógł zrobić sobie przerwy.-Wstawaj! – Maria nagle poczuła mocne szarpnięcie za bark. Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą twarz mężczyzny. – Wstawaj mówię! Nie będziesz spać do południa! Tak nie można!Dziewczyna nie zamierzała protestować. Emocje już opadły, posłusznie wstała i obejrzała się. Czyli jednak to była cholerna rzeczywistość a nie sen. Nawet teraz już tęskniła za matką. Miała pogniecioną sukienkę, poczochrane włosy i nie czuła się najlepiej.- Rozpuść włosy. Teraz Twoja fryzura wygląda raczej tragicznie niż elegancko. Nie wiem dlaczego Gabriella Cię tak wystroiła. Przecież nie jedziesz na żadną rewię mody.Chwilę potem Maria siedziała z rozpuszczonymi, kruczoczarnymi lokami okalającymi jej twarz. Przeczesane palcami wcale nie wyglądały tak źle. Siedziała teraz raczej smutna niż zdenerwowana. Ale po chwili ten stan się zmienił. Uświadomiła sobie jaka jest zła na owego mężczyznę który odebrał ją ukochanej rodzinie, zabrał jej dom w którym się wychowywała, rzucając ją w wir nieznanej przyszłości nie wiedziała co robić a tym bardziej co powiedzieć.- Kim ty w ogóle jesteś!? Dlaczego mi to robisz!? – zaczęła krzyczeć. Była prawie agresywna i gdyby mogła na pewno zadźgałaby tego mężczyznę własnymi paznokciami.- Siadaj! Strasznie mi szkoda że Gabriella Ci nie powiedziała kim jestem. A powinna. Przypominałem jej o tym…co 5 lat. – powiedział-Nadal mi nie odpowiedziałeś kim jesteś. – Nastolatka domagała się odpowiedzi. Nie dało jej się tak łatwo spławić.-Jestem Ivan. Ivan Kariavri. I jestem Twoim ojcem… Xyleno Kariavri…

011. Francja


Anglia 1855r
- Rozumiesz już? – zapytała wysoka, starsza kobieta.
- Non, je ne comprends pas – odpowiedziała dziewczyna siedząca obok.Wyglądała na jakieś 14 lat, ale wbrew pozorom była starsza. Miała prawie 16 lat, długie, czarne, lekko kręcone włosy i cerę bladą jak śnieg. Nawet jeśli latem spędzała na słońcu długie godziny, nigdy nie potrafiła się opalić.- Lyx! Boże, dopomóż mi z tą dziewczyną! Czy ty zawsze masz taką odpowiedź?! Przecież to jest łatwe, tłumaczę Ci to już chyba piąty raz a ty nadal nie rozumiesz – Kobieta było mocno poirytowana. Z głośnym hukiem położyła książkę na stole i zakryła twarz dłońmi. Mówiła z lekkim francuskim akcentem, zapewne też i stamtąd pochodziła. Miała koło 40-paru lat i niestety jak wiele guwernantek przypadło jej zostać starą panną. .
- To nie moja wina! – Zerwała się z pufy i krzyknęła. – Francuski to nie jest moja dziedzina! Nie lubię tego języka i tego kraju zresztą też. Nie wiem po co mam się go uczyć… - burknęła i założyła ręce. Rzuciła gniewne spojrzenie kobiecie i podeszła do okna, odsunęła firanki i wyjrzała przez nie.
Ludzie ciągle gdzieś spieszyli. Jedni w jedną stronę, drudzy w inną. Dziewczyna dostrzegła swoje przyjaciółki idące do kościoła. Tak bardzo chciała do nich dołączyć… nie po to aby dołączyć do modlitwy tylko po to aby wyrwać się z łap wrednej, starej guwernantki. O wiele bardziej wolała pójść z nimi niż siedzieć tutaj i uczyć się francuskiego. Chociaż jej wiara… Xylena nie była wierzącą osobą. Tylko udawała po to aby jej rodzice mieli „przykładną i idealną” córkę, cokolwiek miało to znaczyć.
Każdego dnia podczas prywatnych lekcji, które ufundował jej ojciec marzyła o tym aby zabić nauczycielkę. Wymyślała coraz to nowy sposób w jaki mogła odebrać jej życie. Jakby rodzice nie mogli jej posłać do normalnej szkoły…
Tak bardzo różniła się od wszystkich innych dziewcząt. Nie potrafiła a raczej nie chciała flirtować z młodzieńcami, nie chciała ich uwodzić, nie umiała śmiać się z ich kiepskich żartów. Nawet nie wyglądała tak jak reszta. Nienawidziła ciasnych gorsetów ani pończoch czy związywania włosów w elegancki kok. O wiele bardziej wolała je rozpuszczone. Do tego lekką sukienkę bez żadnych wiązań czy innych takich utrudnień.{...} Jednak tylko ona miała takie podejście. Reszta dziewczyn pałała obrzydzeniem do kobiet w spodniach. Zawsze powtarzały tylko „One wyglądają jak chłopcy! To jest potworne!” Ale Lyx miała swoje idee i swój świat… Tak naprawdę mało ją obchodzili inni, nigdy się nikim ani niczym nie przyjmowała.
Dopiero kiedy usłyszała trzaskające drzwi, uświadomiła sobie że guwernantka cały czas coś do niej mówiła. A kiedy dostrzegła że nie ma to sensu, po prostu wyszła, trzaskając drzwiami.
Lyxiana pokręciła głową i poszła w głąb mieszkania. Weszła po schodach na samą górę domu i jak zwykle zamknęła się na strychu. Tylko tam czuła się bezpiecznie i tylko tam była naprawdę sama.


Rozdział I - Teraźniejszość

- Xylena… Zima nas zastanie zanim ty się z nią dogadasz. – powiedział Marcus, wysoki chłopak z burzą ciemnych loków.
- Désolé – zwróciłam się do dziewczyny przede mną. – Marcus, czy to jest moja wina że jesteśmy we Francji, nikt z nas nie umie francuskiego poza mną a i ja uczyłam się go bez zapału jakieś… 150 lat temu? – odparłam. Czy to naprawdę było takie trudne? Takie trudne żeby zabrać kogoś kto zna ten język? Już w młodości go znienawidziłam i zostało mi to do dziś. A jedyne co pamiętałam to pojedyncze, proste słowa.
- Nie no oczywiście… Nie twoja, na pewno. – Przewrócił oczami i teatralnie westchnął. – No dobra, pytaj ją już gdzie jest to metro…
- Metro. Où?- wydukałam. Tak, jestem bardzo zdolną osobą. Gdyby nie fakt że dziewczyna pokręciła głową, obróciła się i odeszła. – Ah, no tak jasne. I weź tu człowieku dowiedz się gdzie jest metro. – Pokręciłam głową.
Staliśmy na rogu Avenue de Paris jak głosiła tabliczka a mieliśmy być teraz pod wieżą Eiffla. Tak byliśmy umówieni. Jednak okazało się że nikt z nas oczywiście nie wie jak tam dojść. Tak samo jak nikt nie zna francuskiego.
Podeszłam do ściany bloku i uderzyłam w nią głową. Zabolało. Odsunęłam się i spojrzałam na całą resztę grupy.
- Ej, Xyl! A może kupimy przewodnik? – zapytał jeden z chłopaków.
Zamknęłam oczy i westchnęłam.
Czy my naprawdę jesteśmy tacy inteligentni? Czemu nikt wcześniej o tym nie pomyślał?
- Tak… No przecież – mruknęłam. – No to chodźcie przejdziemy się wzdłuż ulicy, na pewno coś znajdziemy.
Wyszliśmy zza rogu, rozejrzałam się w poszukiwaniu najbliższego kiosku. I wtedy to usłyszałam.
- Ej, Xyl! Patrz, metro! – krzyknął Marcus.
Popatrzyłam w stronę którą mi wskazywał.
Metro.
Ono było tuż obok nas kiedy my go szukaliśmy?!

010. Psychodelic kitty - KP


Psychodelic kitty.

imię: Tak naprawdę to wie tylko jej matka. Dziewczyna zazwyczaj przedstawiała się… każdym imieniem. Jakiekolwiek przychodziło jej na myśl ponieważ… swojego prawdziwego już od dawna nie pamięta. Jednak najczęściej jest to Scarlett lub Mary.

nazwisko: Tutaj także jak powyżej. Nikomu nie podaje nazwiska a jeśli już naprawdę musi… podaje jakiekolwiek.

wiek: Ogółem bardzo mało o sobie wie. Wygląda na jakieś… 25 lat tak w zbliżeniu. Lecz naprawdę jest o wiele starsza. Dla niej czas zatrzymał się w miejscu.

data urodzenia:
Nie pamięta.

ranga: (Wiecie… tu mam problem.)

stosunek do sytuacji:
Scarlett nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje na świecie. Mutanci? Nie za bardzo kojarzy fakty. Ogółem mówiąc nie bardzo ją obchodzi fakt mutantów bo… żyje tak jakby ich nie było. Mimo iż sama jest jedną z nich. Po prostu nadal nie wie o ich istnieniu.

mutacja: Potrafi ujrzeć przyszłość. A raczej subiektywną wizję przyszłości jakiejkolwiek osoby. Nienawidzi ich, ponieważ wywołują one u niej zawroty głowy. Np. idzie sobie ulicą i nagle upada. Potem podnosi się i już wie że mężczyznę idącego przed nią zaraz potrąci auto. A potem umrze w szpitalu. Niestety te wizje nie zawsze mają datę. Scar czasem wie że będzie to za chwilę lecz czasem… doznaje wizji wydarzenia które wydarzy się za 5 lat, za 10 lat albo za tydzień. Powie Ci „Umrzesz w taksówce” a ty do końca swojego życia boisz się wsiąść do taksówki.
Przydatne?
Raczej nie.
Przez długie lata otrzymywania wizji, dziewczyna zdążyła oszaleć. Nie odróżnia faktów od fikcji, nie zapamiętuje praktycznie niczego. Jednego dnia jesteś z nią (o ile nie zdążyła Cię zabić) a drugiego… mówisz jej „Cześć” i otrzymujesz zdziwione spojrzenie połączone z ciosem w twarz.
Skutki uboczne mutacji nie są przyjemne.

wygląd: Drobna, szczupła blondyneczka o niebieskich oczkach i kształtnych ustach przypomina… aniołka. A przynajmniej delikatną jak kwiat dziewczynę którą mężczyźni muszą bronić przed całym złem tego nie dobrego świata. A tu – niespodzianka. Scarlett zabije Ciebie za to że ją dotknąłeś. Z powodu swojej ułomności psychicznej (nie, nie mutacji) ma zbyt rozwiniętą wyobraźnię. Uwielbia czesać się jak mała dziewczynka – w dwa kucyki i nosić opaski. Jej jasne, blond włosy okalające śliczną twarzyczkę już nie jednego zmyliły i doprowadziły do jego… śmierci. Niebieskie oczy w kolorze letniego nieba, zazwyczaj są zamglone i wpatrzone bez wyrazu w przestrzeń. Widzi na swój sposób i niektórych to dziwi. Rzęsy rzucają uroczy cień na jej policzki, lekko zaróżowione, mimo iż dziewczyna się nie maluje. Zgrabny nosek i pełne usta przyciągają uwagę i dopełniają całości. 
Scarlett była szczupła, zawsze miała taką samą budowę ciała, nigdy nie potrafiła schudnąć ani też być grubszą. Lekko umięśnione ciało, jak na dbającą o siebie osobę, też posiadała. Przez lata zdążyła sobie wyrobić figurę modelki. Tylko na co jej to?
Dziewczyna wbrew pozorom ubiera się normalnie. Każdego kto wie co z nią jest nie tak mogłoby zastanawiać jakim cudem ta wariatka potrafi tak dokładnie dobrać sobie ciuchy. Zazwyczaj wybiera ciemne, dżinsowe spódniczki i buty na obcasach a do tego krótką kurteczkę, również dżinsową. Chociaż czasem wybiera też jasne spodnie i inne jasne kolory.
Głos Scarlett jest delikatny i płynny. Niektórym dane jest usłyszeć jej słowa. Niestety często się zacina. Gdybyś usłyszał że coś do Ciebie mówi, jej głosu nigdy byś nie przypisał do zimnokrwistej zabójczyni.

charakter: Jest dosyć dziwną osobą. Ze względu na swoją chorobę, kilka razy nawet lądowała w psychiatryku lecz zawsze stamtąd uciekała. Twierdziła że i tak jej tam nie chcą pomóc a tylko zaszkodzić. Ogółem dziewczyna bardzo mało mówi. Ma problemy z wyrażaniem się więc czasem mówi bez ładu i składu. Albo czasem duka pojedyncze, zagadkowe słowa i teraz zgaduj człowieku co Ci chciała powiedzieć.
Cierpi na rozdwojenie jaźni, czasem rozmawia sama ze sobą przed lustrem. Oczywiście sądzi że rozmawia z kimś innym, kimś bardzo jej podobnym.
Często zapomina fakty. Na jeden dzień ‘pozna’ kilka osób, a na drugi nie będzie ich kompletnie pamiętać. Oczywiście pozna na swój sposób. Jest groźna dla otoczenia, więc trzeba się obchodzić z nią niezwykle delikatnie i uważać na każde słowo oraz spojrzenie. Zapomina twarze, imiona a daty tym bardziej. Czasem budząc się rano nawet nie pamięta kim jest.
Wyrażanie emocji w stylu Scar znaczy kompletnie co innego niż normalny człowiek przez to rozumie. Za krzywe spojrzenie na ulicy, najwyżej usłyszysz ‘Palant’ a od niej… usłyszysz swoje ostatnie słowa w życiu. Nigdy nie rusza się z domu bez pistoletu i/lub sztyletu. Zawsze musi mieć jedno z nich do ‘obrony własnej’ jak twierdzi. Jej choroba zmienia to co widzi. Gdzie normalny człowiek zauważy pijaka popijającego alkohol, Scarlett zauważy potwora z czerwonymi oczami z mieczem i … wtedy się na niego rzuci i po prostu go zadźga.
Zazwyczaj wymyka się policji, nikt nie ma na nią dowodów i nikt nie podejrzewa tak niewinnej ‘dziewczynki’. A jeśli ktoś będzie chciał ją aresztować – to też go zadźga. Jest chora psychicznie najwyżej wyląduje w psychiatryku i znowu ucieknie.
Bycie miłym? W jej mocno ograniczonym słowniku takie pojęcie nie istnieje. Tak sama jak „Jestem nienormalna i popełniłam zbrodnię” czy tym podobne.
Od Scarlett nie usłyszysz ‘kocham cię’ z tego powodu że się w niej nie zakochasz. Przecież i tak Cię zapomni więc po co się fatygować?
A co z nadpobudliwością? Tak, jest nadpobudliwa. Czasem nie potrafi właściwie spożytkować swojej energii.
Nie ma problemu z tym żeby zabić przypadkową osobę na ulicy.

rodzina: Nie żyje. Po tym jak sama własnoręcznie ją zabiła. Swoją matkę, ojca, siostrę i babkę. Wtedy kiedy zaczynała mylić rzeczywistość z faktami, zauważyła nieznane jej osoby próbujące zabić jej rodzinę. Chwyciła strzelbę myśliwską, chcą ich obronić. W efekcie sama ich zabiła. Kiedy zrozumiała co zrobiła, uciekła z domu i nigdy nie wróciła. A jej choroba zaczęła coraz szybciej postępować…
historia: (Mogłabym napisać to kiedy indziej? :< Na razie muszę to ogarnąć…)

zdrowie: Skutkiem ubocznym jej mutacji jest choroba psychiczna. Nie dociera do niej połowa rzeczy ani to że ktoś chce ją wyleczyć. Wysławia się półsłówkami, i denerwuje się kiedy ktoś jej nie rozumie. Według niej przekaz był całkowicie jasny. W mózgu Scar dzieje się niezliczona ilość rzeczy. Widzi świat innym niż jest, i to ja przeraża. To że świat jest pełen potworów a ona musi ich się pozbyć. Bo wydaje się jej że to ona jest tutejszą bohaterką i nic złego nie robi.





30 maja 2012

009. TEST

Anorexia
[ ] You hate your body.
[ ] You have starved yourself.
[ ] You have low self esteem.
[ ] You use laxatives.
[ ] You need to be skinnier.
[ ] People always say you're skinny, but you think fat.
[ ] People think you are way too skinny.
[ ] You skip at least one meal a day.
[ ] You limit your calories or check them constantly by compulsion

Total:  

ADHD
[ ] You are hyper most of the time.
[ ] You barely pay attention to anything. 
[ ] You cannot cooperate with people well.
[ ] You seem to never sit still.
[ ] You talk all the time.
[ ] You need attention 24/7.
[ ] You aren't very shy.

Total:  

Bipolar Disorder
[ ] You can act wild at times then the next you are severely depressed.
[ ] You are very irritable.
[ ] You barely get any or no sleep.
[ ] You have very high self esteem at times.
[ ] You have used or abused alcohol, drugs, or sex.
[ ] You have thought of/attempted suicide.
[ ] You have the worst mood swings of anyone you know.
Total:  

Bulimia Nervosa
[ ] You've thrown up all your food at one time
[ ] You thrown it up even when you don't feel sick.
[ ] You have little control over how you eat.
[ ] You use laxatives.
[ ] You eat fast.
[ ] You have overly exercised to where you almost fainted/passed out.  
[ ] People think you are way too skinny.

Total:  

Conduct Disorder
[ ] You are a bully.  
[ ] You threaten other people.
[ ] You often find yourself in fights.
[ ] You have used a weapon that could cause injury to others.  
[ ] You are cruel to humans and/or animals.
[ ] You have raped/molested someone.
[ ] You destroy property on purpose.
[ ] You always lie.
[ ] You've stayed out all night.
[ ] You have/attempted to run away from home.  

Total: 

Depression
[ ] You are always, or normally, feel sad.
[ ] You always, or normally, are crying.  
[ ] You find no hope in your future. 
[ ] You find no longer excitement over the activities you used to love.
[ ] You always find yourself around the house or in bed all day.
[ ] You are anti-social. 
[ ] You have low self esteem.
[ ] Everything bad that happens is always your fault.
[ ] Hope is no longer there for you.  

Total:  

Obsessive Compulsive Disorder
[ ] You have disturbing thoughts or thoughts you hate.  
[ ] You have to do a certain thing until it feels right.
[ ] You have to keep things in a certain order.
[ ] You have harmed yourself.
[ ] You are afraid you will get an STD, or AIDS.
[ ] You have to check some stuff over again.  

Total:  

Schizophrenia / Anxiety
[ ] You often have hallucinations or sudden memories you can't escape.
[ ] You can be confused about reality and fantasy.
[ ] You think people are always staring or talking about you.
[ ] You have an extreme anxiety or fearfulness.
[ ] You have difficulty with relationships with family, friends, and opposite/same sex. 
[ ] You do not take care of your hygiene as much as others say you should.
[ ] You are very shy.
[ ] You often talk to yourself.

Total:  

All around total:  


0-5: You're very normal.
6-15: You're fine.
16-20: You might be okay.
21-30: You have problems.
31-35: You have really bad problems. You might need to see a therapist.
36+ WOW! YOU NEED SOME HELP, NOW.

15 maja 2012

008. More Sucker Punch quotes


" If you don't stand for something. You'll fall for anything." 
                                                             ~ Wise Man

" For those who fight for it. Life will have a flavour the sheltered will never know. "
                                                             ~ Wise Man

 " Everyone has an angel, a guardian who watches over us. We can't know what form they'll take: One day old man. Next day, little girl. But don't let appearances fool you. They can be as fierce as any dragon. Yet they're not here to fight our battles, but to whisper from our heart, reminding us it is us, it's everyone of us who holds the power over the worlds we create. We can deny our angels exist, convince ourselves they can't be real. But they show up anyway, at strange places, and at strange times. They can speak through any character we can imagine. They'll shout through demons if they have to, daring us, challenging us to fight. "
                                                             ~ Sweet Pea

 " Who honors those we love with the very life we live? Who sends monsters to kill us, and at the same time sings that we'll never die? Who teaches us what's real, and how to laugh at lies? Who decides why we live, and what we'll die to defend? Who chains us, and who holds the key to set us free? It's you. You have all the weapons you need. Now fight! "
                                                             ~ Sweet Pea

 " And finally. This question. The mystery of whose story it will be, of who draws the curtain. Who is it that chooses our steps in a dance? Who drives us mad, flashes us with whips, crowns us with victory when we survive the impossible? Who is it that tells all these things? "
                                                             ~ Sweet Pea

" It's like we talked about,you control this world.Let the pain go,let the hurt go,let the guilt go.What you are imagining right now,that world you control.That place can be as real as any pain. "
                                                             ~ Dr. Vera Gorski

007. Notka dla mniej poinformowanych


  • Dobra, nadeszła pora, aby to napisać. Wszelkie materiały znajdujące się na tym blogu są MOJE lub NIE MOJE. To zależy o co chodzi. Tak czy inaczej, macie tego NIE czytać. Dlaczego? Ponieważ to wszystko jest tutaj tylko dla mojego bezpieczeństwa, a poza tym łatwiej coś się kopiuje z jednej strony, niż szuka w 10 folderach. Więc... to chyba tyle z mojej strony. Ten blog wcale nie jest publiczny.
                                                                                              ~ Xylena

006. Rays and shadows


  Szłam szarą, brudną ulicą, przeglądając kartki od Sayony. Starałam się zapamiętać dokładnie twarze wszystkich osób a szczególnie agentki pod którą mam się podszyć. Virginia Wright. No tak, miała pomysłowych rodziców. Ale co najważniejsze, musiałam wymyśleć najpierw jak tej owej pani się pozbyć. Oczywiście, nie zabijając jej. A do tego miałam talent, o taak. I to by było najlepsze rozwiązanie ale dostałam zakaz zabijania agantki. Toteż, szłam tą ulicą, mrucząc do tego jakąś prostą piosenkę którą śpiewała mi matka kiedy byłam jeszcze mała. Chociaż minęło tyle lat ile minęło, nadal ją pamiętałam. Matki nie widziałam mniej więcej od tego moment kiedy mnie oddała ojcu. Potem tak tylko przelotnie. Ojczyma i rodzeństwo również. Ciekawe jak się beze mnie miewali? Zaistee.... Zamiast zastanawiać się co zrobię z Virginią, zaczęłam rozpamiętywać czasy mojej młodości. Nie żebym teraz nie była młoda, oczywiście.
  Kopnęłam jakiś kamień przed siebie i usłyszałam głośne miauknięcie. Dopiero po fakcie dostrzegłam czarnego kota, którego uderzył kamień. Cały czas biegał gdzieś wokoło, a teraz wplątał się w drogę kamieniowi. Na cóż, jego pech. Pokręciłam głową i szłam dalej. Miałam adres zamieszkania pod który miałam się udać i właśnie do niego sie zbliżałam. Stojąc pod oknami kamiennicy, jednak postanowiłam skorzystać z tych trików które robi się w filmach. Niby nie opłacalne ale.... ja wiedziałam że dają radę.
  Było gdzieś koło godziny 3 w nocy, nikogo wokoło nie było, światła były zgaszone, ani nawet auta... ani szeptu. Jak na cmentarzu. Rozejrzałam się żeby upewnić się iż naprawdę jestem sama. Nie myliłam się. Nikogo nie było. Toteż, wdrapałam się na cudzy parapet i po drabinkach próbowałam się wspiąć na 4 piętro. Nie było to dobrym pomysłem bo dawno tego nie robiłam ale wolałam wejść do góry tak i dostać się do mieszkania oknem niż wejść normalnie drzwiami. Lepsze wejście. 
  Kiedy już weszłam na balkon mieszkania Virginii, jedna rzecz bardzo mnie ucieszyła. A mianowicie - otwarte na oścież okno balkonowe. Stanęłam w nim i zaczęłam się przyglądać kobiecie przy laptopie. Co jak co, miała świetne zajęcie jak na sam srodek nocy. Mrunknęłam coś pod nosem, widząc że wykonuje jakieś obliczenia. O nie, ja się w to mieszać nie będę. Jakoś się to załatwi.
  Stałam tak, z założonymi rękami jakieś 5 minut. A potem usłyszałam za sobą miauknięcie kota. Bez wątpienie kota, a że od początku słyszałam tylko "Nigdy nie spuszczaj wzroku ze swojej ofiary'' nawet się nie pofatygowałam żeby się obrócić. Ale kobietę przy komputerze zaciekawił dźwięk, pewnie kot na jej balkonie był rzadkością. Obróciła się gwałtownie na obrotowym krześle i oczywiście zlustrowała mnie zasoczonym spojrzeniem. Pewnie nie spodziewała się kogoś w środku nocy w przejściu na balkon. Minęła chwila zanim dotarło do niej że nie ma zwidów. I ta chwila wystarczyła mi żeby złapać ją za gardło i zakleić usta taśmą izolacyjną. Zakleiłam jej również ręce z tyłu i nogi. Nie miała zbytnich możliwość ruchu, szczególnie przwyiązana tą samą, szarą taśmą do krzesła. Zamknęłam ją w schowku na miotły, plan jej mieszkania miałam dokładnie rozrysowany na kartce. 
  Wzięłam jakąś kartkę z jej biurka i zapisałam sobie natatkę: "Karmić co jakiś czas, puszczać do toalety." Miała przeżyć, więc miałam jej dać tę możliwość. A siedząć samotnie w schowku raczej prędzej czy później umrze. Może potem puszczę jej jakiś film. 
  Usiadłam przy laptopie i zaczęłam klepać z jej poczty e-mail informację do firmy korporacyjnej w której pracowała że "Jestem chora i nie będzie mnie kilka dni w pracy." Za te kilka dni zapewne zdąże wymyśleć coś dobrego aby się do niej upodobnić.
  Póki co, odjechałam na krześle na środek pokoju i przechyliłam się do tyłu. Bolały mnie placy ale to nic. Potem zamknęłam okno balkonowe i wzięłam cistka z półki. A teraz, noc w stylu 'Jestem u kogoś i robię co chcę.' Ciekawe czy ma jacuzzi. Pewnie nie. Ale wanne zapewne ma.


 ~***~


Cztery dni później, załatwiłam sobie lewe L4. Nadszedł już chyba właściwy czas aby odwiedzić moich współpracowników w firmie. Oczywiście aby jak najlepiej wczuć się w rolę Virginii, kobiety po chorobie... Specjalnie zadbałam o chorobę gardła. Chrypkę i kaszel. Nie bardzo mi to odpowiadało bo wolałam swój głos takim jakim był ale wolałam się niczym nie zdradzać.
  Był poniedziałek, 5.30 rano. Moja ochota na to żeby pójść i położyć się spać spowrotem rosła z sekundy na sekundę. Toteż zaparzyłam sobie mocną, czarną kawę z 4 łyżeczek i wypiłam ją nie zwracając uwagi na to że jest gorąca. 15 minut później byłam w stanie użytkowania.       Teraz trzebabyło się tylko ucharakteryzować. 
  Kobieta miała ciemne, proste włosy, brązowe zmęczone oczy i szarą cerę. Jedynym moim podobieństwem były ciemne włosy. A więc, przed godziną 6 usiadłam przy toaletce i prostownicą zaczęłam prostować moje falowane włosy. No świetnie. Jakiś czas później były całkiem proste. Wtedy zabrałam się do zakładania soczewek i sprawiania żeby moja skóra wyglądała na wyczerpaną pracą. Potem ubrałam się w grafitową spódnicę i szarą bluzkę z kołnieżykiem. Dwie moje ulubione części ubioru, na cudownie. Czemu pracownicy korporacji ubierają się jak sztywniaki? Ale z radością zauważyłam że to ja jestem od niej chudsza a nie ona ode mnie. Przy drzwiach założyłam szary płaszcz na garsonkę i związane w kok włosy zawinęłam w jakąś chustę. Im mniej widać, tym lepiej. Do tego założyłam ciemne, zakrywające pół twarzy okulary i byłam gotowa. 
  Tylko bardzo spostrzegawcza mogła spostrzec że ja to nie Virginia. Ale i tak były na to nikłe szanse. Ale ja jestem zdolna. Choć przynam że całkiem nieźle bawiłam się podszywając się pod osobę z którą nigdy w życiu nie miałam doczynienia.
  Wzięłam do ręki jakąś aktówkę i wyszłam z domu, zamykając go. A teraz, bizneswoman Xylena idzie sterroryzować pracowników firmy, pomyślałam. Nie no, świetnie. Westchnęłam. 

005. Niveus


  Biała wilczyca podniosła łeb i rozejrzała się ze spokojem. Wokół szumiał deszcz i waliły pioruny a ona akurat zdążyła się bezpiecznie zaszyć w jednej z podziemnych nor wraz z zapasem jedzienia na mniej więcej tydzień, przy dobrym gospodarowaniu. Ale oczywiście aż na tak długo nie było jej ono potrzebne. Byle tylko przetrwać burzę i odrazu miała zamiar opuścić swoją kryjówkę, która zresztą duża nie była. Zmieściłoby się w niej, mniej więcej pięć porządnych wilków a to i tak byłoby dużo. Wilczyca miała motywację do powrótu, wiedziała że w drugiej części lasu czekał na nią jej partner, a zresztą przecież obiecała mu że powróci tak szybko jak tylko będzie mogła. Póki co, ten czas przedłużał się w nieskończoność, doprowadzając ją do szału. Każdy normalny wilk, niezważałby na pogodę tylko po prostu by biegł, przyzywaczajony do różnych warunków pogodowych. Ale nie, jeżeli był zmiennokształtym. Nie, jeżeli od tego biegu zależałoby jego życie. Tak więc, 'Niveus', jak była nazywana we wilczym stadzie, leżała tylko i już drugą noc czekała aż się wypogodzi. W Czarnym Lesie, podczas deszczu i mgły czaiło się wiele złych postaci, ludzi polujących na tak zwane wilkołaki albo dziwacznych, skrzywionych stworzeń o czerwonych oczach, zabijających wszystko na swojej drodze. Wypełzały z własnych kryjówek na bagnach, aby rozpocząć krwawy żer. Wilczyca już przeżyła jedno takie spotkanie, i tym bardziej nie miała ochoty ryzykować drugiego. Tamtego dżdżystego dnia nigdy nie zapomni, kiedy to ledwo uszła z życiem. 
  Po dwóch dniach i dwóch nocach, deszcz wreszcie ustał. Zapowiadał się całkowicie słoneczny dzień z lekkim zachmurzeniem. Biała wilczyca, wstała o świcie i natychmiast zaczęła swoją wędrówkę. Miała nadzieję że jej partner nie będzie zbyt zaniepokojony tym jej dłuższym wypadem. Często jej się takie coś zdarzało, ale nigdy nie aż tak długo. Toteż starała się biec jak najszybciej aby w jak najkrótszym czasie znaleźć się po drugiej stronie lasu. Mijała budzące się do życia zwierzęta, górskie potoki oraz martwe ciała pozostałe po wczorajszym dniu.
  Po paru godzinach szybkiego biegu, w końcu dotarła na małą polankę pełną maków, gdzieś za lasem. Nastawiła uszu i ciekawie rozejrzała się. Była sama. Nie było go. Toteż zawyła głośnym, przenikliwym dźwiękiem aby dać znać że wróciła. Nie musiała długo czekać, tylko kilka minut, po których na polanie pojawił się czarnowłosy mężczyzna o oczach tak czarnych jak czarny jest onyks. Szedł umiarkowanym tempem a wyraz jego twarzy świadczył o tym, że był szczęśliwy. Że doczekał się tej o którą się martwił przez ten czas.
  'Niveus' niewiele myśląc, podniosła się z ziemii i podbiegła do swojego towarzysza. Zarzuciła mu ręce na szyje i mocno przytuliła. Zaś on gładził ją po jasych, białych włosach, szepcząc uspokajające słowa.

004. Aenean Siyah


  Przeczesałam włosy kościanym grzebieniem i przyjrzałam się sobie w lustrze. Po dłuższej chwili namysłu postanowiłam spiąć włosy aby mi nie przeszkadzały. Zdjęłam z półki czarną gumkę i upięłam włosy w wysoki kucyk. Następnie wstałam z krzesła i sięgnęłam po skórzaną torbę, schowałam do niej parę niezbędnych rzeczy takich jak sztylety, noże, przygotowane wcześniej jedzenie oraz parę ciepłych rzeczy. Płaszcz i koc na pewno mi się przydadzą, co do tego nie miałam wątpliwości. Wolałam wrócić w tym samym stanie zdrowia jakim wyruszyłam bo złapanie jednej z tych męczących chorób wynikających z wychłodzenia organizmu, jakoś mnie nie pocieszało. A wątpiłam że wykonam swoją misję w krócej niż jakieś dwie noce. 
  Wróciłam myślami do wydarzenia sprzed doby, przypominając sobie słowa Rilynn, władczyni Manen, z którą zdążyłam się już poniekąd zaprzyjaźnić. Miałam na celu zabicie minimalnie pięciu Velus, których mogłam znaleźć na którejś z granic. O ile sobie dobrze przypominałam, widziałam kiedyś paru na wschodniej granicy ale wtedy udało mi się przejść niezauważoną. Przyniesienie jakichś części ich ciała było tylko formalnością. A poznanie ich przyszłych zamiarów? No cóż, to było już trochę trudniejsze. Aby wymyślić plan, potrzebowałam czasu. I szczerze mówiąc… nie miałam żadnego planu. Przez cały czas liczyłam jednak na to, że podczas wędrówki coś mi wpadnie na myśl. Zmrużyłam oczy. Velus lubiły siedzieć na drzewach z pęczkami strzał i liczebną przewagą. Nie do końca wiedziałam czy strzały będą zatrute, więc zgarnęłam jeszcze parę maści i opatrunków i ruszyłam do drzwi. 
  Podniosłam swój srebrny sztylet z szafki i schowałam za pasek. Musiał być pod ręką jeśli miał mi się do czegoś przydać. Ale sztylet to nie wszystko. Zgarnęłam jeszcze łuk i przeszłam przez próg drzwi. 
  Na zewnątrz księżyc świecił jasnym blaskiem. Była pełnia. Uwielbiałam tę fazę księżyca, zawsze kojarzyła mi się z przyjemnymi wydarzeniami z przeszłości. Otrząsnęłam się ze wspomnień i szybkim krokiem ruszyłam w stronę lasu. Do granicy nie było daleko ale mnie jednak trochę się śpieszyło. Gdzieś w połowie drogi stwierdziłam że jednak pobiegnę. Mój długi płaszcz powiewał na chłodnym wietrze nocy a wysoka trawa smagała moje stopy niczym bicz. Nie przeszkadzało mi to, szczególnie że był to jednak przyjemny ból. Wokół kłębiło się wiele różnych stworzeń nocnych. Ptaki, wiele ptaków. Krążyły na gwieździstym niebie szukając padliny lub czekając na gryzonie. W większości umiałam rozpoznać gatunki, było sporo sów. Małe myszy polne uciekały spod moich stup najszybciej jak się dało. Biegłam cicho i prawie że bezszelestnie. Miałam nadzieję że nikt mnie nie śledzi, tutaj nie było dziwnym, szlajanie się po nocach niewiadomo gdzie. 
  Zatrzymałam się dopiero przy nieprzetartej leśnej ścieżce. Wyjęłam z torby wcześniej zapakowane, buty z cienkiej skóry i założyłam na stopy. Wolałam biec boso, nie bałam się że mogę uszkodzić skórę, po prostu lubiłam czuć dotyk wilgotnej trawy, ziemi… W lesie to było trudniejsze, tam więcej było kolców i gałęzi niż przyjemnego mchu. Aczkolwiek, ten również się zdarzał. Sięgnęłam po sztylet i zaczęłam się przedzierać przez pierwsze zarośla, przecinając te twardsze i kolczaste. Ku mojej uciesze, były tylko na początku. Z radością ruszyłam dalej. 
  Przy odrobinie szczęścia, powinnam kogoś spotkać. Cały czas brzmiały mi w uszach zdania na temat tego że Velus mogą sobie spokojnie siedzieć na drzewach i czekać. Rozglądałam się uważnie ale jedynymi rzeczami jakie dostrzegałam, były drzewa. Stare drzewa, to było widać na pierwszy rzut oka, miały grube chropowate pni a część z nich była już po prostu uschnięta. Martwa. Oczywiście wiele gałęzi leżało na ziemi, wprost na mojej trasie. Ale nie miałam z tym problemu, przeskakiwałam ponad przeszkodą i szłam dalej uważnie sprawdzając teren.
Po, na oko trzech godzinach, straciłam nadzieję na jakiekolwiek postępy w dniu dzisiejszym. Zrezygnowana zaczęłam się rozglądać na boki za jakimś miłym, ustronnym miejscem w którym przyczajona mogłabym spędzić dzień. Albo po prostu go przespać. Mruknęłam coś sama do siebie, na temat mojej potrzeby snu i westchnęłam, kręcąc głową. Wcale nie byłam zmęczona, moje zachcianki wynikały tylko z mojego niepoprawnego lenistwa. Na szczęście miałam ten dar mobilizowania się w chwilach potrzeby i cóż, dosyć często musiałam go używać.
  Rozkojarzyłam się na trochę, co nie wyszło mi na dobre. Brak koncentracji mógł być przyczyną śmierci na zleconej misji. Potknęłam się o wystający korzeń i runęłam na ziemię. Pode mną był miękki mech, więc obyło się bez ran i skaleczeń. Już miałam się podnosić, kiedy zainteresował mnie pewien dźwięk. Dźwięk kroków. Podniosłam głowę z zaciekawieniem i czekałam, próbując wywnioskować z której strony nadejdzie owy osobnik. Po chwili stwierdziłam że jest jakieś dziesięć metrów przed mną a wiatr działa na moją korzyść… Oraz jego niekorzyść. Podniosłam się, próbując pozostać jak najbliżej ziemi. Miałam to szczęście że przede mną rozrastały się gęste krzaki. Zmrużyłam oczy, próbując dostrzec przeciwnika. Z odległości wyczułam zapach i nie był to nikt inny jak jeden z Velus. Żaden normalny człowiek bez wyraźnego celu nie zapuszczałby się w te rejony. A wątpiłam żeby to był jakiś zwykły leśniczy. O ile w ogóle jacyś byli. Bo w to też wątpiłam. 
  Wycelowałam łuk wprost przed siebie i czekałam na dobrą okazję. Starałam się oddychać jak najciszej, jak najwolniej. Nie ruszałam się. Klęczałam na glebie, z wyczekiwaniem. W ostatniej sekundzie, zanim przeciwnik zdążył mnie dostrzec, wystrzeliłam strzałę z łuku. Trafiła wprost w lewe oko, zapewne przeszywając mózg na wylot. Ciało upadło z hukiem, nagle pozbawione życia. Odczekałam jeszcze chwilę w pełnej gotowości, choć wątpiłam żeby się podniósł. Na przemarsz jego kolegów też się raczej nie zapowiadało. Wstałam z klęczek i podeszłam do zwłok. Aby udowodnić że naprawdę zabiłam pięciu Velus, miałam przynieść w dowód jakąś część ciała. Nie wiedziałam co dokładnie, równie dobrze mogłam zabić jednego a obciąć mu sześć palców i wrócić do miasta, okłamując wszystkich. Ale ja nie byłam tym typem. Postanowiłam udowodnić to w bardzo wiarygodny sposób. Każdy posiada przecież tylko jedno serce, prawda?
  Wyjęłam sztylet zza paska, znów był mi potrzebny, i usiadłam okrakiem na brzuchu martwego. Z jego oka toczyła się krew, strumień zaczynał już słabnąć a ciało poczęło tracić temperaturę. Po krótkiej chwili namysłu, postanowiłam jednak wyjąć mu strzałę z oka i tym sposobem wywołując kolejną falę krwi. Chodź przyznam, białe oko wyglądało zabawnie na strzale.
Odetchnęłam głęboko i zabrałam się do rozcinania klatki piersiowej. Zastygła już nieco krew ukazała się w minimalnych ilościach. Szkoda, zawsze lubiłam patrzyć na ciała pełne szkarłatnego płynu. Wzruszyłam ramionami z kamienną miną jakby nic mnie to nie interesowało, ale każdy mógłby wyczytać w moich oczach, niezdrową radość którą czerpałam z krojenia ciała. Przebicie się przez żebra wbrew pozorom nie było takie trudne, kości gładko od siebie odchodziły. Reszta pozostawała już tylko krótką chwilą radości. Wyprucia serca, zwykłego wycięcie organu, potrafiłby dokonać każdy kto choć raz w życiu miał coś ostrego w dłoni. Schowałam serce do małego, skórzanego woreczka i podniosłam się ze zwłok. Rozejrzawszy się wokół, stwierdziłam że nie mam tu nic więcej do roboty a za jakiś czas wzejdzie słońce. Odbiegłam kawałek do wcześniej upatrzonej jamy i skryłam się w jej wnętrzu. Narzuciłam na siebie koc, wczesny świt potrafił być chłodny. Choć i tak pozostawało mi jeszcze jakieś parę minut do przemiany w wilka… 

  Ułożyłam się wygodnie na dnie nory i zwinęłam w kłębek. Okryłam nos i łapy, białym ogonem i lekko przymknęłam oczy, nadal nie tracąc czujności. Wokół było ciemno, ale podejrzewałam że gdzieś, z którejś strony powoli wschodzi słońce. 
  Jakiś czas później, ze snu wyrwał mnie jasny, ostry blask. Otworzyłam powoli oczy i rozejrzałam się. Było południe, świetna, słoneczna pogoda. Wyczołgałam się z ukrycie i wybiegłam wprost na jasno oświetloną polanę. Wątpiłam abym o tej porze mogła znaleźć jakiś Velus, toteż zaczęłam krążyć po lesie. W ciągu dnia, okolica nie wyglądała na taką ponurą i tajemniczą, była wręcz… przyjazna. Właściwie, nie miałam nic konkretnego do roboty, a do zachodu pozostawało parę godzin. Nie opłacało mi się odchodzić zbyt daleko po tym jak znalazłam jednego z Velus. A skoro był jedne tutaj, to znaczyło że gdzieś w okolicy musiało być ich więcej. 
  Dzień spędziłam w iście nudny sposób. Polegał on głównie na łażeniu w te i we w tę na zmianę z leżeniem. Kilka godzin później, usiadłam na jednej ze skał i wpatrywałam się w słońce mrucząc w duchu; „No zachodź, zachodź, zachodź… … szybciej …” i z niecierpliwością oczekując pierwszej ciemności. 
  Kiedy wreszcie mogłam przywołać swoją ludzką postać, poderwałam się z miejsca i biegiem ruszyłam w las. Miałam już pewną filozofię na temat mojego polowania, biegłam pod wiatr, uważnie wsłuchując się w dźwięki natury i obserwując drzewa. Mój szósty zmysł dyktował mi drogę, po jakichś paruset metrach wreszcie się zatrzymałam i położyłam się na ziemi. W zaroślach, zaledwie na odległości jednego strzału dostrzegłam minimalny ruch. Póki co nie mogłam zidentyfikować szanownej jegomości, ale przezornie wyjęłam łuk i naprężyłam cięciwę.  Musiałam mocno wytężyć wzrok aby dostrzec cel. Przed strzałem powstrzymał mnie kłujący ból w biodrze. Poderwałam się w ciągu ułamku sekundy i ruszyłam w kierunku przeciwnym od tego w którym stał mój przeciwnik. Za mną sypał się grad strzał, a ja starałam się unikać każdej. Jeden moment nieuwagi mógł oznaczać moją śmierć. Biegłam co sił w nogach, dopiero kiedy upewniłam się że uciekłam na bezpieczną odległość, padłam na ziemię i głęboko odetchnęłam. Wyjęłam strzałę z nogi i odrzuciłam w zarośla. Rana nie była głęboka ale krew już zdążyła się pokazać. Rozmasowałam zranienie i stanęłam z powrotem na nogi. Z daleka ujrzałam kilka przemieszczających się ciał, szybkim ruchem wycelowałam strzałę w przeciwników rozkoszując się ich ostatnimi tchnieniem. Odczekawszy dłuższą chwilę, podbiegłam do ciał i ponownie rozpoczęłam swoją krwawą operację. Tym razem miałam trzech pacjentów, więc moja radość mogła trwać dłużej. Rozcinając klatki piersiowe i wyciągając organy wewnętrzne, jednocześnie starałam się uważać na jakiekolwiek podejrzane dźwięki. Pozostali Velus mogli się tu zjawić w każdej chwili, a ja nie byłam na to przygotowana. Siedząc okrakiem na wykrwawiających się martwych ciałach byłam zdecydowanie na przegranej pozycji. 
  Schowałam ociekające z krwi serca do woreczka i rzuciłam wszystko razem to torby. Zebrałam swoje rzeczy osobiste i ruszyłam w dalszą wędrówkę. Miałam już … cztery narządy. Brakowało mi jeszcze tylko jednego, ale nie obraziłabym się gdyby w ręce wpadły by mi jakieś dodatkowe bonusy ale byłam już zmęczona i miałam zamiar skończyć wszytko tej nocy a potem wrócić do domu.
  Usiadłam po drzewem i wyjęłam ze skórzanej torby pęczek bandaży i jakąś maść. Zabrałam się za opatrywanie rany i zawijanie jej w bandaż. Moja rana była kolejnym powodem do tego aby wrócić jak najprędzej do miasta, jeżeli strzała byłaby zatruta, w momencie uaktywnienia się trucizny, w tym lesie nie miałabym żadnej szansy na przeżycie a na terenie zabudowanym… zawsze mógłby się znaleźć ktoś kto potrafiłby mnie uleczyć. 
  Odpoczęłam jakiś czas, a potem ruszyłam na dalsze poszukiwania. Jak na złość, nie potrafiłam znaleźć żadnego Velus. W miejscu w którym widziałam ich wcześniej teraz widniała ciemna pustka. Przybrałam postać wilka i przytknęłam nos do ziemi, próbując złapać trop. Z reguły był sprzeczny, ślady zbiegały się i rozchodziły w jednym miejscu. Trop krążył w kółko a ja razem z nim. W końcu znalazłam jakiś świeży trop, przypuszczałam że właśnie taką drogą poszła pozostała reszta. Ruszyłam truchtem, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków w miarę ludzkiej obecności. Nic nie słyszałam. Po parędziesięciu minutach, dotarłam do punktu wyjścia. Warknęłam coś, w duchu przeklinając ich spryt. Znów zaczęłam krążyć po lesie bez celu, zostawało mi coraz mniej czasu do wschodu słońca i powoli traciłam nadzieję na wypełnienie misji tylko w dnie noce. 
  Już prawie świtało kiedy trafiłam  na kolejny świeży trop. Rzuciłam się biegiem wzdłuż zapachu, rozglądając się za Velus. Gonił mnie czas a ja starałam się biec jak najszybciej. Po pięciu minutach dostrzegła ruch pomiędzy zaroślami. Znów przybrałam ludzką postać i wycelowałam strzałę w domniemany kształt, ledwie zdążyłam kiedy złapało mnie słońce i znów musiałam stać się wilkiem. Podeszłam do martwego Velus, kolejny który miał przebite oko. Jako canis lapus było mi o wiele trudniej pozbawić go serca niż jako elf. Owszem, miałam kły i pazury ale wykonanie pracy tak dokładnie i równo wymagało czegoś takiego jak sztylet. Po dłuższym czasie w końcu poradziłam sobie z ową robotą, schowałam piąte serce i chwyciłam torbę w kły.
  Najszybciej jak się dało, wybiegłam z lasu i ruszyłam w stronę miasta. Wtedy to, było moim jedynym celem.