Przeczesałam włosy kościanym grzebieniem i przyjrzałam się sobie w lustrze. Po dłuższej chwili namysłu postanowiłam spiąć włosy aby mi nie przeszkadzały. Zdjęłam z półki czarną gumkę i upięłam włosy w wysoki kucyk. Następnie wstałam z krzesła i sięgnęłam po skórzaną torbę, schowałam do niej parę niezbędnych rzeczy takich jak sztylety, noże, przygotowane wcześniej jedzenie oraz parę ciepłych rzeczy. Płaszcz i koc na pewno mi się przydadzą, co do tego nie miałam wątpliwości. Wolałam wrócić w tym samym stanie zdrowia jakim wyruszyłam bo złapanie jednej z tych męczących chorób wynikających z wychłodzenia organizmu, jakoś mnie nie pocieszało. A wątpiłam że wykonam swoją misję w krócej niż jakieś dwie noce.
Wróciłam myślami do wydarzenia sprzed doby, przypominając sobie słowa Rilynn, władczyni Manen, z którą zdążyłam się już poniekąd zaprzyjaźnić. Miałam na celu zabicie minimalnie pięciu Velus, których mogłam znaleźć na którejś z granic. O ile sobie dobrze przypominałam, widziałam kiedyś paru na wschodniej granicy ale wtedy udało mi się przejść niezauważoną. Przyniesienie jakichś części ich ciała było tylko formalnością. A poznanie ich przyszłych zamiarów? No cóż, to było już trochę trudniejsze. Aby wymyślić plan, potrzebowałam czasu. I szczerze mówiąc… nie miałam żadnego planu. Przez cały czas liczyłam jednak na to, że podczas wędrówki coś mi wpadnie na myśl. Zmrużyłam oczy. Velus lubiły siedzieć na drzewach z pęczkami strzał i liczebną przewagą. Nie do końca wiedziałam czy strzały będą zatrute, więc zgarnęłam jeszcze parę maści i opatrunków i ruszyłam do drzwi.
Podniosłam swój srebrny sztylet z szafki i schowałam za pasek. Musiał być pod ręką jeśli miał mi się do czegoś przydać. Ale sztylet to nie wszystko. Zgarnęłam jeszcze łuk i przeszłam przez próg drzwi.
Na zewnątrz księżyc świecił jasnym blaskiem. Była pełnia. Uwielbiałam tę fazę księżyca, zawsze kojarzyła mi się z przyjemnymi wydarzeniami z przeszłości. Otrząsnęłam się ze wspomnień i szybkim krokiem ruszyłam w stronę lasu. Do granicy nie było daleko ale mnie jednak trochę się śpieszyło. Gdzieś w połowie drogi stwierdziłam że jednak pobiegnę. Mój długi płaszcz powiewał na chłodnym wietrze nocy a wysoka trawa smagała moje stopy niczym bicz. Nie przeszkadzało mi to, szczególnie że był to jednak przyjemny ból. Wokół kłębiło się wiele różnych stworzeń nocnych. Ptaki, wiele ptaków. Krążyły na gwieździstym niebie szukając padliny lub czekając na gryzonie. W większości umiałam rozpoznać gatunki, było sporo sów. Małe myszy polne uciekały spod moich stup najszybciej jak się dało. Biegłam cicho i prawie że bezszelestnie. Miałam nadzieję że nikt mnie nie śledzi, tutaj nie było dziwnym, szlajanie się po nocach niewiadomo gdzie.
Zatrzymałam się dopiero przy nieprzetartej leśnej ścieżce. Wyjęłam z torby wcześniej zapakowane, buty z cienkiej skóry i założyłam na stopy. Wolałam biec boso, nie bałam się że mogę uszkodzić skórę, po prostu lubiłam czuć dotyk wilgotnej trawy, ziemi… W lesie to było trudniejsze, tam więcej było kolców i gałęzi niż przyjemnego mchu. Aczkolwiek, ten również się zdarzał. Sięgnęłam po sztylet i zaczęłam się przedzierać przez pierwsze zarośla, przecinając te twardsze i kolczaste. Ku mojej uciesze, były tylko na początku. Z radością ruszyłam dalej.
Przy odrobinie szczęścia, powinnam kogoś spotkać. Cały czas brzmiały mi w uszach zdania na temat tego że Velus mogą sobie spokojnie siedzieć na drzewach i czekać. Rozglądałam się uważnie ale jedynymi rzeczami jakie dostrzegałam, były drzewa. Stare drzewa, to było widać na pierwszy rzut oka, miały grube chropowate pni a część z nich była już po prostu uschnięta. Martwa. Oczywiście wiele gałęzi leżało na ziemi, wprost na mojej trasie. Ale nie miałam z tym problemu, przeskakiwałam ponad przeszkodą i szłam dalej uważnie sprawdzając teren.
Po, na oko trzech godzinach, straciłam nadzieję na jakiekolwiek postępy w dniu dzisiejszym. Zrezygnowana zaczęłam się rozglądać na boki za jakimś miłym, ustronnym miejscem w którym przyczajona mogłabym spędzić dzień. Albo po prostu go przespać. Mruknęłam coś sama do siebie, na temat mojej potrzeby snu i westchnęłam, kręcąc głową. Wcale nie byłam zmęczona, moje zachcianki wynikały tylko z mojego niepoprawnego lenistwa. Na szczęście miałam ten dar mobilizowania się w chwilach potrzeby i cóż, dosyć często musiałam go używać.
Rozkojarzyłam się na trochę, co nie wyszło mi na dobre. Brak koncentracji mógł być przyczyną śmierci na zleconej misji. Potknęłam się o wystający korzeń i runęłam na ziemię. Pode mną był miękki mech, więc obyło się bez ran i skaleczeń. Już miałam się podnosić, kiedy zainteresował mnie pewien dźwięk. Dźwięk kroków. Podniosłam głowę z zaciekawieniem i czekałam, próbując wywnioskować z której strony nadejdzie owy osobnik. Po chwili stwierdziłam że jest jakieś dziesięć metrów przed mną a wiatr działa na moją korzyść… Oraz jego niekorzyść. Podniosłam się, próbując pozostać jak najbliżej ziemi. Miałam to szczęście że przede mną rozrastały się gęste krzaki. Zmrużyłam oczy, próbując dostrzec przeciwnika. Z odległości wyczułam zapach i nie był to nikt inny jak jeden z Velus. Żaden normalny człowiek bez wyraźnego celu nie zapuszczałby się w te rejony. A wątpiłam żeby to był jakiś zwykły leśniczy. O ile w ogóle jacyś byli. Bo w to też wątpiłam.
Wycelowałam łuk wprost przed siebie i czekałam na dobrą okazję. Starałam się oddychać jak najciszej, jak najwolniej. Nie ruszałam się. Klęczałam na glebie, z wyczekiwaniem. W ostatniej sekundzie, zanim przeciwnik zdążył mnie dostrzec, wystrzeliłam strzałę z łuku. Trafiła wprost w lewe oko, zapewne przeszywając mózg na wylot. Ciało upadło z hukiem, nagle pozbawione życia. Odczekałam jeszcze chwilę w pełnej gotowości, choć wątpiłam żeby się podniósł. Na przemarsz jego kolegów też się raczej nie zapowiadało. Wstałam z klęczek i podeszłam do zwłok. Aby udowodnić że naprawdę zabiłam pięciu Velus, miałam przynieść w dowód jakąś część ciała. Nie wiedziałam co dokładnie, równie dobrze mogłam zabić jednego a obciąć mu sześć palców i wrócić do miasta, okłamując wszystkich. Ale ja nie byłam tym typem. Postanowiłam udowodnić to w bardzo wiarygodny sposób. Każdy posiada przecież tylko jedno serce, prawda?
Wyjęłam sztylet zza paska, znów był mi potrzebny, i usiadłam okrakiem na brzuchu martwego. Z jego oka toczyła się krew, strumień zaczynał już słabnąć a ciało poczęło tracić temperaturę. Po krótkiej chwili namysłu, postanowiłam jednak wyjąć mu strzałę z oka i tym sposobem wywołując kolejną falę krwi. Chodź przyznam, białe oko wyglądało zabawnie na strzale.
Odetchnęłam głęboko i zabrałam się do rozcinania klatki piersiowej. Zastygła już nieco krew ukazała się w minimalnych ilościach. Szkoda, zawsze lubiłam patrzyć na ciała pełne szkarłatnego płynu. Wzruszyłam ramionami z kamienną miną jakby nic mnie to nie interesowało, ale każdy mógłby wyczytać w moich oczach, niezdrową radość którą czerpałam z krojenia ciała. Przebicie się przez żebra wbrew pozorom nie było takie trudne, kości gładko od siebie odchodziły. Reszta pozostawała już tylko krótką chwilą radości. Wyprucia serca, zwykłego wycięcie organu, potrafiłby dokonać każdy kto choć raz w życiu miał coś ostrego w dłoni. Schowałam serce do małego, skórzanego woreczka i podniosłam się ze zwłok. Rozejrzawszy się wokół, stwierdziłam że nie mam tu nic więcej do roboty a za jakiś czas wzejdzie słońce. Odbiegłam kawałek do wcześniej upatrzonej jamy i skryłam się w jej wnętrzu. Narzuciłam na siebie koc, wczesny świt potrafił być chłodny. Choć i tak pozostawało mi jeszcze jakieś parę minut do przemiany w wilka…
Ułożyłam się wygodnie na dnie nory i zwinęłam w kłębek. Okryłam nos i łapy, białym ogonem i lekko przymknęłam oczy, nadal nie tracąc czujności. Wokół było ciemno, ale podejrzewałam że gdzieś, z którejś strony powoli wschodzi słońce.
Jakiś czas później, ze snu wyrwał mnie jasny, ostry blask. Otworzyłam powoli oczy i rozejrzałam się. Było południe, świetna, słoneczna pogoda. Wyczołgałam się z ukrycie i wybiegłam wprost na jasno oświetloną polanę. Wątpiłam abym o tej porze mogła znaleźć jakiś Velus, toteż zaczęłam krążyć po lesie. W ciągu dnia, okolica nie wyglądała na taką ponurą i tajemniczą, była wręcz… przyjazna. Właściwie, nie miałam nic konkretnego do roboty, a do zachodu pozostawało parę godzin. Nie opłacało mi się odchodzić zbyt daleko po tym jak znalazłam jednego z Velus. A skoro był jedne tutaj, to znaczyło że gdzieś w okolicy musiało być ich więcej.
Dzień spędziłam w iście nudny sposób. Polegał on głównie na łażeniu w te i we w tę na zmianę z leżeniem. Kilka godzin później, usiadłam na jednej ze skał i wpatrywałam się w słońce mrucząc w duchu; „No zachodź, zachodź, zachodź… … szybciej …” i z niecierpliwością oczekując pierwszej ciemności.
Kiedy wreszcie mogłam przywołać swoją ludzką postać, poderwałam się z miejsca i biegiem ruszyłam w las. Miałam już pewną filozofię na temat mojego polowania, biegłam pod wiatr, uważnie wsłuchując się w dźwięki natury i obserwując drzewa. Mój szósty zmysł dyktował mi drogę, po jakichś paruset metrach wreszcie się zatrzymałam i położyłam się na ziemi. W zaroślach, zaledwie na odległości jednego strzału dostrzegłam minimalny ruch. Póki co nie mogłam zidentyfikować szanownej jegomości, ale przezornie wyjęłam łuk i naprężyłam cięciwę. Musiałam mocno wytężyć wzrok aby dostrzec cel. Przed strzałem powstrzymał mnie kłujący ból w biodrze. Poderwałam się w ciągu ułamku sekundy i ruszyłam w kierunku przeciwnym od tego w którym stał mój przeciwnik. Za mną sypał się grad strzał, a ja starałam się unikać każdej. Jeden moment nieuwagi mógł oznaczać moją śmierć. Biegłam co sił w nogach, dopiero kiedy upewniłam się że uciekłam na bezpieczną odległość, padłam na ziemię i głęboko odetchnęłam. Wyjęłam strzałę z nogi i odrzuciłam w zarośla. Rana nie była głęboka ale krew już zdążyła się pokazać. Rozmasowałam zranienie i stanęłam z powrotem na nogi. Z daleka ujrzałam kilka przemieszczających się ciał, szybkim ruchem wycelowałam strzałę w przeciwników rozkoszując się ich ostatnimi tchnieniem. Odczekawszy dłuższą chwilę, podbiegłam do ciał i ponownie rozpoczęłam swoją krwawą operację. Tym razem miałam trzech pacjentów, więc moja radość mogła trwać dłużej. Rozcinając klatki piersiowe i wyciągając organy wewnętrzne, jednocześnie starałam się uważać na jakiekolwiek podejrzane dźwięki. Pozostali Velus mogli się tu zjawić w każdej chwili, a ja nie byłam na to przygotowana. Siedząc okrakiem na wykrwawiających się martwych ciałach byłam zdecydowanie na przegranej pozycji.
Schowałam ociekające z krwi serca do woreczka i rzuciłam wszystko razem to torby. Zebrałam swoje rzeczy osobiste i ruszyłam w dalszą wędrówkę. Miałam już … cztery narządy. Brakowało mi jeszcze tylko jednego, ale nie obraziłabym się gdyby w ręce wpadły by mi jakieś dodatkowe bonusy ale byłam już zmęczona i miałam zamiar skończyć wszytko tej nocy a potem wrócić do domu.
Usiadłam po drzewem i wyjęłam ze skórzanej torby pęczek bandaży i jakąś maść. Zabrałam się za opatrywanie rany i zawijanie jej w bandaż. Moja rana była kolejnym powodem do tego aby wrócić jak najprędzej do miasta, jeżeli strzała byłaby zatruta, w momencie uaktywnienia się trucizny, w tym lesie nie miałabym żadnej szansy na przeżycie a na terenie zabudowanym… zawsze mógłby się znaleźć ktoś kto potrafiłby mnie uleczyć.
Odpoczęłam jakiś czas, a potem ruszyłam na dalsze poszukiwania. Jak na złość, nie potrafiłam znaleźć żadnego Velus. W miejscu w którym widziałam ich wcześniej teraz widniała ciemna pustka. Przybrałam postać wilka i przytknęłam nos do ziemi, próbując złapać trop. Z reguły był sprzeczny, ślady zbiegały się i rozchodziły w jednym miejscu. Trop krążył w kółko a ja razem z nim. W końcu znalazłam jakiś świeży trop, przypuszczałam że właśnie taką drogą poszła pozostała reszta. Ruszyłam truchtem, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków w miarę ludzkiej obecności. Nic nie słyszałam. Po parędziesięciu minutach, dotarłam do punktu wyjścia. Warknęłam coś, w duchu przeklinając ich spryt. Znów zaczęłam krążyć po lesie bez celu, zostawało mi coraz mniej czasu do wschodu słońca i powoli traciłam nadzieję na wypełnienie misji tylko w dnie noce.
Już prawie świtało kiedy trafiłam na kolejny świeży trop. Rzuciłam się biegiem wzdłuż zapachu, rozglądając się za Velus. Gonił mnie czas a ja starałam się biec jak najszybciej. Po pięciu minutach dostrzegła ruch pomiędzy zaroślami. Znów przybrałam ludzką postać i wycelowałam strzałę w domniemany kształt, ledwie zdążyłam kiedy złapało mnie słońce i znów musiałam stać się wilkiem. Podeszłam do martwego Velus, kolejny który miał przebite oko. Jako canis lapus było mi o wiele trudniej pozbawić go serca niż jako elf. Owszem, miałam kły i pazury ale wykonanie pracy tak dokładnie i równo wymagało czegoś takiego jak sztylet. Po dłuższym czasie w końcu poradziłam sobie z ową robotą, schowałam piąte serce i chwyciłam torbę w kły.
Najszybciej jak się dało, wybiegłam z lasu i ruszyłam w stronę miasta. Wtedy to, było moim jedynym celem.