Szłam szarą, brudną ulicą, przeglądając kartki od Sayony. Starałam się zapamiętać dokładnie twarze wszystkich osób a szczególnie agentki pod którą mam się podszyć. Virginia Wright. No tak, miała pomysłowych rodziców. Ale co najważniejsze, musiałam wymyśleć najpierw jak tej owej pani się pozbyć. Oczywiście, nie zabijając jej. A do tego miałam talent, o taak. I to by było najlepsze rozwiązanie ale dostałam zakaz zabijania agantki. Toteż, szłam tą ulicą, mrucząc do tego jakąś prostą piosenkę którą śpiewała mi matka kiedy byłam jeszcze mała. Chociaż minęło tyle lat ile minęło, nadal ją pamiętałam. Matki nie widziałam mniej więcej od tego moment kiedy mnie oddała ojcu. Potem tak tylko przelotnie. Ojczyma i rodzeństwo również. Ciekawe jak się beze mnie miewali? Zaistee.... Zamiast zastanawiać się co zrobię z Virginią, zaczęłam rozpamiętywać czasy mojej młodości. Nie żebym teraz nie była młoda, oczywiście.
Kopnęłam jakiś kamień przed siebie i usłyszałam głośne miauknięcie. Dopiero po fakcie dostrzegłam czarnego kota, którego uderzył kamień. Cały czas biegał gdzieś wokoło, a teraz wplątał się w drogę kamieniowi. Na cóż, jego pech. Pokręciłam głową i szłam dalej. Miałam adres zamieszkania pod który miałam się udać i właśnie do niego sie zbliżałam. Stojąc pod oknami kamiennicy, jednak postanowiłam skorzystać z tych trików które robi się w filmach. Niby nie opłacalne ale.... ja wiedziałam że dają radę.
Było gdzieś koło godziny 3 w nocy, nikogo wokoło nie było, światła były zgaszone, ani nawet auta... ani szeptu. Jak na cmentarzu. Rozejrzałam się żeby upewnić się iż naprawdę jestem sama. Nie myliłam się. Nikogo nie było. Toteż, wdrapałam się na cudzy parapet i po drabinkach próbowałam się wspiąć na 4 piętro. Nie było to dobrym pomysłem bo dawno tego nie robiłam ale wolałam wejść do góry tak i dostać się do mieszkania oknem niż wejść normalnie drzwiami. Lepsze wejście.
Kiedy już weszłam na balkon mieszkania Virginii, jedna rzecz bardzo mnie ucieszyła. A mianowicie - otwarte na oścież okno balkonowe. Stanęłam w nim i zaczęłam się przyglądać kobiecie przy laptopie. Co jak co, miała świetne zajęcie jak na sam srodek nocy. Mrunknęłam coś pod nosem, widząc że wykonuje jakieś obliczenia. O nie, ja się w to mieszać nie będę. Jakoś się to załatwi.
Stałam tak, z założonymi rękami jakieś 5 minut. A potem usłyszałam za sobą miauknięcie kota. Bez wątpienie kota, a że od początku słyszałam tylko "Nigdy nie spuszczaj wzroku ze swojej ofiary'' nawet się nie pofatygowałam żeby się obrócić. Ale kobietę przy komputerze zaciekawił dźwięk, pewnie kot na jej balkonie był rzadkością. Obróciła się gwałtownie na obrotowym krześle i oczywiście zlustrowała mnie zasoczonym spojrzeniem. Pewnie nie spodziewała się kogoś w środku nocy w przejściu na balkon. Minęła chwila zanim dotarło do niej że nie ma zwidów. I ta chwila wystarczyła mi żeby złapać ją za gardło i zakleić usta taśmą izolacyjną. Zakleiłam jej również ręce z tyłu i nogi. Nie miała zbytnich możliwość ruchu, szczególnie przwyiązana tą samą, szarą taśmą do krzesła. Zamknęłam ją w schowku na miotły, plan jej mieszkania miałam dokładnie rozrysowany na kartce.
Wzięłam jakąś kartkę z jej biurka i zapisałam sobie natatkę: "Karmić co jakiś czas, puszczać do toalety." Miała przeżyć, więc miałam jej dać tę możliwość. A siedząć samotnie w schowku raczej prędzej czy później umrze. Może potem puszczę jej jakiś film.
Usiadłam przy laptopie i zaczęłam klepać z jej poczty e-mail informację do firmy korporacyjnej w której pracowała że "Jestem chora i nie będzie mnie kilka dni w pracy." Za te kilka dni zapewne zdąże wymyśleć coś dobrego aby się do niej upodobnić.
Póki co, odjechałam na krześle na środek pokoju i przechyliłam się do tyłu. Bolały mnie placy ale to nic. Potem zamknęłam okno balkonowe i wzięłam cistka z półki. A teraz, noc w stylu 'Jestem u kogoś i robię co chcę.' Ciekawe czy ma jacuzzi. Pewnie nie. Ale wanne zapewne ma.
~***~
Cztery dni później, załatwiłam sobie lewe L4. Nadszedł już chyba właściwy czas aby odwiedzić moich współpracowników w firmie. Oczywiście aby jak najlepiej wczuć się w rolę Virginii, kobiety po chorobie... Specjalnie zadbałam o chorobę gardła. Chrypkę i kaszel. Nie bardzo mi to odpowiadało bo wolałam swój głos takim jakim był ale wolałam się niczym nie zdradzać.
Był poniedziałek, 5.30 rano. Moja ochota na to żeby pójść i położyć się spać spowrotem rosła z sekundy na sekundę. Toteż zaparzyłam sobie mocną, czarną kawę z 4 łyżeczek i wypiłam ją nie zwracając uwagi na to że jest gorąca. 15 minut później byłam w stanie użytkowania. Teraz trzebabyło się tylko ucharakteryzować.
Kobieta miała ciemne, proste włosy, brązowe zmęczone oczy i szarą cerę. Jedynym moim podobieństwem były ciemne włosy. A więc, przed godziną 6 usiadłam przy toaletce i prostownicą zaczęłam prostować moje falowane włosy. No świetnie. Jakiś czas później były całkiem proste. Wtedy zabrałam się do zakładania soczewek i sprawiania żeby moja skóra wyglądała na wyczerpaną pracą. Potem ubrałam się w grafitową spódnicę i szarą bluzkę z kołnieżykiem. Dwie moje ulubione części ubioru, na cudownie. Czemu pracownicy korporacji ubierają się jak sztywniaki? Ale z radością zauważyłam że to ja jestem od niej chudsza a nie ona ode mnie. Przy drzwiach założyłam szary płaszcz na garsonkę i związane w kok włosy zawinęłam w jakąś chustę. Im mniej widać, tym lepiej. Do tego założyłam ciemne, zakrywające pół twarzy okulary i byłam gotowa.
Tylko bardzo spostrzegawcza mogła spostrzec że ja to nie Virginia. Ale i tak były na to nikłe szanse. Ale ja jestem zdolna. Choć przynam że całkiem nieźle bawiłam się podszywając się pod osobę z którą nigdy w życiu nie miałam doczynienia.
Wzięłam do ręki jakąś aktówkę i wyszłam z domu, zamykając go. A teraz, bizneswoman Xylena idzie sterroryzować pracowników firmy, pomyślałam. Nie no, świetnie. Westchnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz