4 października 2011

001. START

 - Tak, tak, tak, taaaak, wiem. Nie musisz mi tego więcej tłumaczyć - warknęłam i odeszłam, zostawiając dopiero co poznanego osobnik płci męskiej na chodniku.
 W tej dzielnicy nie dało się spokojnie przejść przez kilka przecznic, żeby nie przyczepił się do Ciebie jakiś kujonowaty palant w okularach z grubymi szkłami. Owa osoba, przed chwilą poznana zaczęła mi tłumaczyć że technologia idzie do przodu i za pare lat będą już komórki z kolorowymi wyświetlaczami. Tak, na pewno miał rację ale... to było nudne. Póki co, mój telefon mi wystarczał. Czarno biała Nokia ale cóż z tego? Bynajmniej lepsza niż wszystkie telefony których używano za czasów mojej młodości... czyli gdzieś koło XIX wieku. 
  Był średnio ciepły dzień, wiał lekki wiatr a ulice były puste. Jak na tę późną porę dnia i tę okropną dzielnicę przystało. Co jak co, ale trzeba przyznać że tu nie było bezpiecznie. W ciągu krótkiego czasu, odkąd tu mieszkam, zdążyłam zapoznać się z połową złodziei i kieszonkowców. Nie dlatego że bawiłam się w Superbohatera tylko po prostu lubiłam włóczyć się po nocach. A jak wiadomo, o tej porze zwykle grasują duchy, bandyci, wściekli kibole i od czasu do czasu straż miejsca. Chociaż Ci ostatni najrzadziej. A szkoda.
  Po drodze zahaczyłam jeszcze o Starbucks'a i zafundowałam sobie mocną kawę. Tu była najlepsza a jakoś nie miałam ochoty pić rozcienczonej podróbki kawy smakującej jak woda z moimi znajomymi z którymi byłam zmuszona mieszkać przez... jakiś jeszcze czas.
  Wygrzebałam klucze z kieszeni i otworzyłam rozpoadające się drzwi do rozpadającej się klatki. Właściwie owe drzwi nawet nie miały okna a wewnątrz klatki odpadał tynk, nie świeciło światło i sypała się farba. Na każdym piętrze znajdowały się trzy mieszkania które zajmowały a jakże zaszczytnie dumne rodziny pijaków, patologii i ludzi prawie bezdomnych. W piwinicach nie sprzątał nikt, tak jak i na klatce więc po zbliżeniu się do schodów było czuć charakterystyczny zapach. Westchnęłam i spróbowałam nie oddychać gdzieś do... 6 piętra, na które musiałam oczywiście dostać się samodzielnie bo winda niedziałała jakieś... 5 lat.
  Gdzieś na  wysokości 3 piętra, dojrzałam młodzienca w wieku dwudziestu paru lat, załatwiającego się wprost na klatkę. - Ja to widzę do cholery - powiedziałam a ten obrócił się zaskoczony i w szybkim tempie się ewakuował. Przez ten czas jaki tu mieszkam, zdążyłam sobie poustawiać większość lokatorów. Zastraszyłam ich że jak będą mnie drażnić to mogą się pożegnać z życiem i to chyba poskutkowało.
  Dodrapałam się na 6 piętro, lekko zmęczona, chociaż nie bardziej niż po spacerze do centrum miasto, do którego i tak było daleko. Otworzyłam drzwi szarpnięciem za klamkę i po cichu wsunęłam się do mieszkania. Jak zwykle zapomnieli zakluczyć zamek. Na przedpokoju był wszechobecny syf, wszędzie walały się buty na przemian z pudełkami po chińszczyźnie i pizzy. Gdzieniegdzie również plastikowe kubki. Bynajmniej miałam tę pewność że nigdzie nie znajdę prezerwatyw, bo wiedziałam iż w tym domu nie ma ani jednego geja, a jako jedyna dziewczyna widziałam raczej co robię w czasie wolnym. Nie ma to jak mieszkanie z pięcioma facetami, szkoda tylko że nikt tu nie sprząta. Ja tu przychodzę tylko po to żeby skontrolować sytuację więc po cóż mam to robić? 
  Położyłam torebkę na szafce i ruszyłam przez przedpokój nawet nie przejmując się ściąganiem butów.  Na chodniku jest czyściej niż tu. 
  Szybkim ruchem otworzyłam drzwi z mojego pokoju który raczej... był nie tylko mój bo wiecznie przesiadywał w nim jeden ze współlokatorów.  Po pewnym czasie przestałam go wyrzucać bo zrozumiałam że to praca syzyfowa a ten bynajmniej jako jedyny utrzymywało jako taki porządek. A wiec te małe pomieszczenie wyglądało jak czysta wyspa na samym środku oceanu brudu. Małe okienko na wschodniej ścianie rzucało nikłe światło, może dlatego że po cześci było zasłonięte przez drzewa. Panele na podłodze były wytarte, szare i bez żadnego konkretnego koloru a farba na ścianach we wielu miesjcach się sypała. Tyle dobrze że nie było pająków, szczurów, grzyba lub pajęczyn i nieprzeciekał sufit.
 - Cześć - rzuciłam do Martina, przyłapując go na oglądaniu jego "bajeczek". Westchnęłam i pokręciłam głową.
 - Syl do cholery nie umiesz pukać?! W stodole się urodziłaś czy jak?! - Próbował jak najszybciej zatuszować dowody zbrodni, zamykając okienka. - Mam Ci przypomnienie na drzwiach napisać czy sama się nauczysz tej trudnej techniki lekkiego uderzania w drzwi bez użycia buta?! - Wywnioskowałam że był nieźle wkurzony. - Co ja jestem, pies czy kto? Nie mam tu prywatności?! Może następnym razem do łazienki Ci wejdę, co?!
 - Spokojnie,  tylko weszłam do jedynego w miarę czystego miejsca w domu. A ty się tak nie denerwuj ja do tej łazienki nawet nie wchodzę.- Przewróciłam oczami. - Dopóki nie posprzątacie reszty, będę się przemieszczać tylko pomiędzy tym pokojem i przedpokojem. - Usiadłam na fotelu ale po chwili postanowiłam jednak z niego wstać, nie wiedząc kto i co na nim robił. Usiadłam na jednej z nieużywanych, pustych szafek i spojrzałam na kolegę.
  - Widzę nie przejmujecie się zbytnio zaprowadzeniem jako takich reguł w tym domu? - zapytałam rozglądając się po pokoju.
  - Tu jest czysto,  jak przeszkadza Ci reszta to mów to im. Dzisiaj bawili się w "Kto dalej smarknie" i w puszkową koszykówkę - westchnął.
  Z pozoru mały, nudny chłopaczek a czasem potrafił być normalny. Inny niż reszta bandy. Podniosłam się z szafki i postanowiłam zaryzykować zajrzeniem do innych pokoi. Ostorożnym krokiem wkroczyłam do salonu, starając się niedotykać żadnych podejrzanych rzeczy i omijać tajemnicze klejące się do butów substancje. Widokiem jakim spodziewałam się ujrzeć, było 4 dorosłych, porządnych napranych facetów, leżących na podłodze, kanapie, fotelu i stole. Rozejrzałam się poszukiwaniu czegoś ciekawego ale nic poza pustymi butelkami, zgniecionymi puszkami, wypalonymi paczkami papierosów i skończonym podełkiem po narkotykach i dopalaczach, nie zauważyłam. ☻Mruknęłam coś pod nosem, i podniosłam kluczyki leżące na stole. Na szczęście poprzedni właściciel był paranoikiem i przesadnie dbał o bezpieczeństwo, zamontował zamki w każdych drzwiach, nawet w tych do pokoju dziennego.
  - Wstawać do cholery - krzyknęłam, kopiąc jedną z osób w ramię. - Macie robote.
  Ale najpierw zaprowadzą porządek w tym syfie. Jedno z ciał, niezdarnie się podniosło, zatoczyło i spojrzało w moją stronę przymulonym wzrokiem. Intuicyjnie się cofnęłam i założyłam ręce.
  - Aaaale że jakooo roboooteee? - zapytał lekko nieprzytomnym głosem. Reszta jego znajomych również powoli zaczynała się podnosić.
  - Najpierw tu posprzątacie do czysta a potem porozmawiamy o tej misji. Dopóki ten pokój nie pędzie w miarę używalny to z niego nie wyjdziecie, będziecie głodować i umrzecie z wyczerpania. - Odwróciłam się na pięcie, trzasnęłam drzwiami i szybkim ruchem zamknęłam ja na zamek. Nie będą mieli wyjścia. ☻




(Takie murzyńskie twarze gdzieś w tekście oznaczają koniec części pisanej jednego dnia a początek kolejnego kawałka weny.) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz